(Cesarz) dalej reformuje: znosi pracę przymusową, sprowadza pierwsze samochody, tworzy pocztę. Zachowuje karę chłosty w miejscach publicznych, ale karci metodę afarsata.
Jeżeli gdzieś popełniono przewinienie, siły porządku otaczały wieś lub miasteczko i głodzono ludność dotąd, dopóki ktoś nie wskazał winnego. Ale jedni pilnowali drugich, aby nikt nie doniósł, gdyż każdy bał się, iż to on może być uznany winnym, i tak pilnując się, trzymając się za poły, gromadnie umierali z głodu. To była metoda afarsata. Pan nasz potępiał takie praktyki.
---
"Cesarz", Ryszard Kapuściński, s. 39, Biblioteka Gazety Wyborczej 2008
poniedziałek, 25 lutego 2008
Tron dzięki pokorze
Mamy takie prowincje, gdzie lud jest przygnębiająco dziki, nagi i pogański i bez pouczeń policji mógłby dopuścić się obrazy pańskiego majestatu. Mamy inne prowincje, gdzie nieokrzesane wieśniactwo na widok monarchy uciekłoby ze strachu. I pomyśl, przyjacielu, oto osobliwy pan wysiadł z samolotu, a wokół pustka, cisza, szczere pole, jak okiem sięgnąć żywego ducha. Nie ma do kogo zwrócić się, przemówić, pocieszyć, nie ma bramy powitalnej, nie ma nawet samochodu. Co robić, jak się zachować? Postawić tron i rozłożyć dywan? Wypadnie jeszcze gorzej, bo śmieszniej. Tron dodaje godności, ale tylko przez kontrast z otaczającą go pokorą, to pokorność podwładnych stwarza potęgę tronu i nadaje jej sens, bez niej tron jest tylko dekoracją, niewygodnym fotelem o wytartym pluszu i pokrzywionych sprężynach.
---
"Cesarz", Ryszard Kapuściński, s. 39, Biblioteka Gazety Wyborczej 2008
---
"Cesarz", Ryszard Kapuściński, s. 39, Biblioteka Gazety Wyborczej 2008
czwartek, 14 lutego 2008
Siedzę blisko Ciebie, mam podobne przekonania
W intranecie Google funkcjonuje "rynek prognoz", na którym pracownicy tej supernowoczesnej organizacji mogą zakładać się, czy coś wydarzy się w przyszłości, czy nie. Czy Google otworzy biuro w Rosji? Czy Apple wyprodukuje Maca z procesorem Intela? Ilu użytkowników będzie miał Gmail pod koniec kwartału? Pracownicy gromadzą wirtualne jednostki pieniężne - gooblony - które pod koniec kwartału przekształcają się w realne nagrody pieniężne dla najsprawniejszych jasnowidzów. Dla firmy jest to nie tylko źródło "mądrości tłumu", ale też wiedza o tym, jak informacje rozpowszechniają się w organizacji - kto zakłada się tak samo?
I co się okazuje? Podobne przekonania dzielą nie ludzie, którzy się ze sobą przyjaźnią czy piastują podobne stanowiska, ale ci, którzy siedzą blisko siebie. Po prostu. Nawet w tej firmie, w której ludzie przedkładają kontakty wirtualne nad spotkanie twarzą w twarz, a narzędziami wirtualnej komunikacji posługują się bez problemu, informacja rozprzestrzenia się najłatwiej wśród ludzi zajmujących sąsiednie biurka. Innymi słowy, należałoby się zastanowić nie nad tym, jakie jeszcze technologie komunikacji ludziom udostępnić, ale jak ich usadzić i jak często zmieniać konfigurację fizycznej współpracy. Notabene, wydaje się, że w Google to rozumieją, bo pracownicy zmieniają tam fizyczne miejsce pracy mniej więcej raz na trzy miesiące.
---
"Firma 2.0... nie tak szybko", Dorota Konowrocka, Computerworld 7/802
I co się okazuje? Podobne przekonania dzielą nie ludzie, którzy się ze sobą przyjaźnią czy piastują podobne stanowiska, ale ci, którzy siedzą blisko siebie. Po prostu. Nawet w tej firmie, w której ludzie przedkładają kontakty wirtualne nad spotkanie twarzą w twarz, a narzędziami wirtualnej komunikacji posługują się bez problemu, informacja rozprzestrzenia się najłatwiej wśród ludzi zajmujących sąsiednie biurka. Innymi słowy, należałoby się zastanowić nie nad tym, jakie jeszcze technologie komunikacji ludziom udostępnić, ale jak ich usadzić i jak często zmieniać konfigurację fizycznej współpracy. Notabene, wydaje się, że w Google to rozumieją, bo pracownicy zmieniają tam fizyczne miejsce pracy mniej więcej raz na trzy miesiące.
---
"Firma 2.0... nie tak szybko", Dorota Konowrocka, Computerworld 7/802
poniedziałek, 11 lutego 2008
Project planning
A badly planned project will take three times longer than expected - a well planned project only twice as long as expected.
---
Project Management Proverbs compiled and some written by Mike Harding Roberts
---
Project Management Proverbs compiled and some written by Mike Harding Roberts
sobota, 9 lutego 2008
Oślepione dzieci
Mieliśmy wspaniałych szachów, takich jak Cyrus i Abbas, ale są to naprawdę odległe czasy.
Nasze ostatnie dwie dynastie, żeby zdobyć lub utrzymać tron, rozlały dużo niewinnej krwi.
Wyobraź sobie szacha, a nazywał się on Agha Mohammed Khan, który walcząc o tron nakazuje wymordować lub oślepić ludność całego miasta Kerman. Nie czyni żadnego wyjątku, a jego pretorianie zabierają się gorliwie do dzieła. Ustawiają mieszkańców rzędami, dorosłym ścinają głowy, a dzieciom wydłubują oczy. Ale w końcu, mimo zarządzanych odpoczynków, pretorianie są już tak wyczerpani, że nie mają siły unieść miecza ani noża. I tylko dzięki temu znużeniu katów część ludzi ratuje swoje życie i wzrok.
Z tego miasta wyruszają potem procesje oślepionych dzieci. Wędrują przez Iran. ale czasem gubią w pustyni drogę i giną z pragnienia. Inne gromady docierają do ludzkich osad i tam proszą o jedzenie śpiewając pieśni o morderstwie miasta Kennan. W tych latach wiadomości rozchodzą się powoli, więc napotkani ludzie są zaskoczeni słuchając chóru bosonogich ślepców, który śpiewa straszliwą opowieść o świszczących mieczach i spadających głowach. Pytają, jakiej to zbrodni dopuściło się miasto, które szach tak bezwzględnie ukarał? Więc na to dzieci śpiewają pieśń o swoim przestępstwie. To przestępstwo polegało na tym, że ich ojcowie udzielili schronienia poprzedniemu szachowi i nowy szach nie mógł im tego wybaczyć.
Widok procesji oślepionych dzieci wzbudza powszechną litość i ludzie nie odmawiają im strawy, ale muszą karmić gromadę przybyszów dyskretnie, a nawet potajemnie, gdyż mali ślepcy są ukarani i napiętnowani przez szacha, stanowią więc rodzaj wędrownej opozycji, a wszelkie popieranie opozycji jest w najwyższym stopniu karalne. Stopniowo do tych procesji przyłączają się malcy, którzy stają się przewodnikami oślepionych dzieci. Odtąd wędrują razem poszukując jedzenia i ochrony przed chłodem i zanosząc do najdalszych wsi opowieść o zagładzie miasta Kemian.
---
"Szachinszach", Ryszard Kapuściński, s. 47, Czytelnik 2007
Nasze ostatnie dwie dynastie, żeby zdobyć lub utrzymać tron, rozlały dużo niewinnej krwi.
Wyobraź sobie szacha, a nazywał się on Agha Mohammed Khan, który walcząc o tron nakazuje wymordować lub oślepić ludność całego miasta Kerman. Nie czyni żadnego wyjątku, a jego pretorianie zabierają się gorliwie do dzieła. Ustawiają mieszkańców rzędami, dorosłym ścinają głowy, a dzieciom wydłubują oczy. Ale w końcu, mimo zarządzanych odpoczynków, pretorianie są już tak wyczerpani, że nie mają siły unieść miecza ani noża. I tylko dzięki temu znużeniu katów część ludzi ratuje swoje życie i wzrok.
Z tego miasta wyruszają potem procesje oślepionych dzieci. Wędrują przez Iran. ale czasem gubią w pustyni drogę i giną z pragnienia. Inne gromady docierają do ludzkich osad i tam proszą o jedzenie śpiewając pieśni o morderstwie miasta Kennan. W tych latach wiadomości rozchodzą się powoli, więc napotkani ludzie są zaskoczeni słuchając chóru bosonogich ślepców, który śpiewa straszliwą opowieść o świszczących mieczach i spadających głowach. Pytają, jakiej to zbrodni dopuściło się miasto, które szach tak bezwzględnie ukarał? Więc na to dzieci śpiewają pieśń o swoim przestępstwie. To przestępstwo polegało na tym, że ich ojcowie udzielili schronienia poprzedniemu szachowi i nowy szach nie mógł im tego wybaczyć.
Widok procesji oślepionych dzieci wzbudza powszechną litość i ludzie nie odmawiają im strawy, ale muszą karmić gromadę przybyszów dyskretnie, a nawet potajemnie, gdyż mali ślepcy są ukarani i napiętnowani przez szacha, stanowią więc rodzaj wędrownej opozycji, a wszelkie popieranie opozycji jest w najwyższym stopniu karalne. Stopniowo do tych procesji przyłączają się malcy, którzy stają się przewodnikami oślepionych dzieci. Odtąd wędrują razem poszukując jedzenia i ochrony przed chłodem i zanosząc do najdalszych wsi opowieść o zagładzie miasta Kemian.
---
"Szachinszach", Ryszard Kapuściński, s. 47, Czytelnik 2007
środa, 6 lutego 2008
Racjonalność a wiara
Racjonalność może w sposób rozumny - racjonalny właśnie - wyjaśnić swoją skuteczność tylko przez odwołanie się do racjonalnego argumentu albo do tego właśnie procesu, racjonalnego myślenia, który wchodzi akurat w grę. Bertrand Russel, George Santayana i Karl Popper tak czy inaczej to przyznawali, stwierdzając, że u podstaw rozumu leży niezbędna "zwierzęca" (Santayana) czy "irracjonalna" (Popper) wiara.
Próba Bartleya, który na miejsce sedna rozumu [core of reason] chciał wprowadzić niekończący się proces krytykowania zawiodła, ponieważ jakiś sposób krytykowania jest zawsze niezbędny, a więc niezastąpiony i w takim sensie pozostaje poza wszelką krytyką, jeśli mamy stosować krytykę jako proces uniwersalny.
W książce Mind at large (1988, rozdział 2) dowodziłem, że moglibyśmy przynajmniej to sedno ocalić przed etykietą "irracjonalności", uznając, że korzenie rozumu są preracjonalne, pozostając w takiej mniej więcej relacji do irracjonalności (zaprzeczenia racjonalności, kiedy to możliwe) jak nieożywiony kamień do martwego organizmu.
Choć jednak taka zmiana może nas uchronić przed najgorszą pułapką irracjonalisty - założeniem, że między racjonalnością a irracjonalnością nie ma różnicy - nie usuwa konieczności, iż u samego początku musi się znaleźć niepodważalne założenie.
---
"Miękkie ostrze: Naturalna historia i przyszłość rewolucji informacyjnej", Paul Levinson, s. 348, Warszawskie Wydawnictwo Literackie "Muza"
Próba Bartleya, który na miejsce sedna rozumu [core of reason] chciał wprowadzić niekończący się proces krytykowania zawiodła, ponieważ jakiś sposób krytykowania jest zawsze niezbędny, a więc niezastąpiony i w takim sensie pozostaje poza wszelką krytyką, jeśli mamy stosować krytykę jako proces uniwersalny.
W książce Mind at large (1988, rozdział 2) dowodziłem, że moglibyśmy przynajmniej to sedno ocalić przed etykietą "irracjonalności", uznając, że korzenie rozumu są preracjonalne, pozostając w takiej mniej więcej relacji do irracjonalności (zaprzeczenia racjonalności, kiedy to możliwe) jak nieożywiony kamień do martwego organizmu.
Choć jednak taka zmiana może nas uchronić przed najgorszą pułapką irracjonalisty - założeniem, że między racjonalnością a irracjonalnością nie ma różnicy - nie usuwa konieczności, iż u samego początku musi się znaleźć niepodważalne założenie.
---
"Miękkie ostrze: Naturalna historia i przyszłość rewolucji informacyjnej", Paul Levinson, s. 348, Warszawskie Wydawnictwo Literackie "Muza"
niedziela, 13 stycznia 2008
A Flower Grows in Hell
Me and the boys went the other night. It was raining. We caught the city bus and rode all the way through Eastbridge Tunnel. Sad Mary was already on top; she gave me one of her dead lilies.
I love the tunnel – so dark, so gloomy. There are no eyes in its darkness; I can relax there. Only there does the voice leave me alone.
I got hung up for a bit watching this Skinner kid carefully eat a sticky bun he'd been given. He was eating it so slowly, so passionately that I could almost taste it myself. I touched him and got that lightheaded feeling I always do when I touch kids. It didn't take long before I found what I was looking for. The taste of that bun flowed across my tongue. The sugar, the pecans, the cinnamon: pure delight. I got a rush from it, sitting there, my arm snaking through the window of the bus, my hand right inside the kid's head. Mary had to shake a rush off me; otherwise I probably would've fallen of the bus.
---
"Wraith: The Storytelling Game of Death and Damnation", promotional leaflet, Dragon Magazine 2007, July 1994
I love the tunnel – so dark, so gloomy. There are no eyes in its darkness; I can relax there. Only there does the voice leave me alone.
I got hung up for a bit watching this Skinner kid carefully eat a sticky bun he'd been given. He was eating it so slowly, so passionately that I could almost taste it myself. I touched him and got that lightheaded feeling I always do when I touch kids. It didn't take long before I found what I was looking for. The taste of that bun flowed across my tongue. The sugar, the pecans, the cinnamon: pure delight. I got a rush from it, sitting there, my arm snaking through the window of the bus, my hand right inside the kid's head. Mary had to shake a rush off me; otherwise I probably would've fallen of the bus.
---"Wraith: The Storytelling Game of Death and Damnation", promotional leaflet, Dragon Magazine 2007, July 1994
wtorek, 1 stycznia 2008
Nienawiść totalna
Kiedy nienawidzimy prawdziwie jesteśmy bezkrytyczni zarówno względem nas samych, jak względem tego, czego nienawidzimy, albowiem być krytycznym to umieć różnicować, a nienawiść odbiera nam wszelką zdolność do różnicowania. Przeciwstawia naszą totalną i bezwarunkową słuszność równie totalnej, bezwarunkowej i nieuleczalnej nikczemności innych.
---
Cytat z Leszka Kołakowskiego w artykule Adama Michnika "Mowa pogrzebowa nad grobem IV Rzeczpospolitej", Gazeta Wyborcza na Nowy Rok 2008
---
Cytat z Leszka Kołakowskiego w artykule Adama Michnika "Mowa pogrzebowa nad grobem IV Rzeczpospolitej", Gazeta Wyborcza na Nowy Rok 2008
sobota, 29 grudnia 2007
Brzydota jest nieskończona
Jarosław Mikołajewski:
Spośród dzieł, które ilustrują pańską książkę, najbardziej złożone odczucia wywołuje chyba obraz Ghirlandaia.

Umberto Eco:
O, tak! "Portret starca z wnukiem" może być przedmiotem długiego wykładu. Brzydota, oczywiście, to nos starca, co do którego niby wszyscy się zgadzają, że jest brzydki, bo jest zdeformowany. Ale tu rodzą się co najmniej trzy ciekawe spostrzeżenia.
Po pierwsze, na człowieka o brzydkim nosie patrzy ładne dziecko, i to z miłością. Rozumiemy więc, że brzydota może być miła i kochana.
Po drugie, ten brzydki nos starca w kontekście miłości dziecka nie budzi również wstrętu w nas, widzach. Czyli miłość zbawia, a nawet zaciera brzydotę w naszych oczach.
Po trzecie, sam obraz jest piękny, czyli dzieło sztuki oparte na brzydocie może być piękne.
---
Wywiad w gazecie "Wysokie Obcasy", grudzień 2007
Spośród dzieł, które ilustrują pańską książkę, najbardziej złożone odczucia wywołuje chyba obraz Ghirlandaia.

Umberto Eco:
O, tak! "Portret starca z wnukiem" może być przedmiotem długiego wykładu. Brzydota, oczywiście, to nos starca, co do którego niby wszyscy się zgadzają, że jest brzydki, bo jest zdeformowany. Ale tu rodzą się co najmniej trzy ciekawe spostrzeżenia.
Po pierwsze, na człowieka o brzydkim nosie patrzy ładne dziecko, i to z miłością. Rozumiemy więc, że brzydota może być miła i kochana.
Po drugie, ten brzydki nos starca w kontekście miłości dziecka nie budzi również wstrętu w nas, widzach. Czyli miłość zbawia, a nawet zaciera brzydotę w naszych oczach.
Po trzecie, sam obraz jest piękny, czyli dzieło sztuki oparte na brzydocie może być piękne.
---
Wywiad w gazecie "Wysokie Obcasy", grudzień 2007
niedziela, 2 grudnia 2007
Burzyciel
Wywiad z burzycielem pomników szacha, przeprowadzony przez reportera teherańskiego dziennika "Kayhan":
- W waszej dzielnicy zdobyliście sobie, Golamie, popularność jako burzyciel pomników, a nawet uważają Was za swojego rodzaju weterana w tej dziedzinie.
- To prawda. Po raz pierwszy burzyłem pomniki jeszcze starego szacha, to znaczy ojca Mohammeda Rezy, kiedy ustąpił w roku 41. Pamiętam, że była wielka radość w mieście, kiedy rozeszła się wiadomość, że stary szach odszedł. Od razu wszyscy rzucili się burzyć jego pomniki. Byłem wówczas młodym chłopcem i pomagałem ojcu, który razem z sąsiadami burzył pomnik, jaki Reza Khan postawił sobie w naszej dzielnicy. Mogę powiedzieć, że był to mój chrzest bojowy.
- Czy byliście za to prześladowani?
- Wtedy jeszcze nie. To były lata, kiedy po odejściu starego szacha była przez jakiś czas swoboda. Młody szach nie miał wówczas tyle siły, żeby narzucić swoją władzę. Kto miał nas prześladować? Wszyscy występowali przeciw monarchii. Szacha popierała tylko część oficerów i oczywiście Amerykanie. Potem zrobili przewrót, zamknęli naszego Mossadegha, wystrzelali jego ludzi, a także komunistów. Szach wrócił i zaprowadził dyktaturę. To było w roku 1953.
- Czy pamiętacie rok 53?
- Oczywiście, że pamiętam, to był przecież najważniejszy rok, bo wtedy skończyła się demokracja, a zaczął się reżim. W każdym razie przypominam sobie, jak radio podało, że szach uciekł do Europy, i kiedy ludzie to usłyszeli, ruszyli na ulicę i zaczęli burzyć pomniki. Muszę tu powiedzieć, że młody szach od początku stawiał ojcu i sobie pomniki, więc przez te lata uzbierało się trochę do burzenia.
Wtedy już nie żył mój ojciec, ale byłem dorosły i pierwszy raz wystąpiłem jako burzyciel samodzielny.
- I co, zburzyliście wszystkie jego pomniki?
- Tak, to była gładka robota. Kiedy po przewrocie wrócił szach, nie było ani jednego pomnika Pahlavich. Ale zaraz zaczął od nowa stawiać pomniki ojcu i sobie.
- To znaczy, co wyście zburzyli - on zaraz postawił, co on postawił - wyście w końcu zburzyli i tak w kółko?
- Rzeczywiście tak było, to prawda. Można powiedzieć, że opadały nam ręce.
Zburzyliśmy jeden - on stawiał trzy, zburzyliśmy trzy - stawiał dziesięć. Nie było widać końca tego wszystkiego.
- A następnie, po roku 53, kiedy znowu burzyliście?
- Mieliśmy zamiar robić to w roku 63, a więc w czasie powstania, które wybuchło, kiedy szach zamknął Chomeiniego. Ale szach rozpoczął zaraz taką masakrę, że nie zdążyliśmy nic zburzyć i musieliśmy z powrotem ukryć powrozy.
- Czy mam rozumieć, że mieliście do tego celu specjalne powrozy?
- A jakże! Trzymaliśmy tęgie, sizalowe liny schowane u sprzedawcy powrozów na bazarze. Nie było żartów, gdyby policja wpadła na nasz ślad, poszlibyśmy pod ścianę. Wszystko mieliśmy przygotowane na właściwą chwilę, obmyślone i przećwiczone. W czasie ostatniej rewolucji, to znaczy w roku 79, całe nieszczęście polegało na tym, że do burzenia wzięło się wielu amatorów i dlatego było dużo wypadków, bo zwalali sobie pomniki na głowę. Zburzyć pomnik nie jest tak łatwo, potrzebne jest fachowe podejście i praktyka. Trzeba wiedzieć, z czego jest zrobiony, jaką ma wagę, jaką wysokość, czy jest dookoła przyspawany, czy złączony cementem, w którym miejscu zaczepić linę, w którą stronę rozbujać figurę i jak ją potem zniszczyć. Myśmy to opracowywali już w momencie, kiedy oni stawiali kolejny pomnik szacha. Była to najlepsza okazja, żeby podpatrzeć, jaka jest konstrukcja, czy figura jest pusta, czy wypełniona i najważniejsze - jakie jest łączenie z cokołem, jakiego użyli sposobu, żeby przymocować pomnik.
- Musieliście poświęcać na to dużo czasu.
- Bardzo dużo! Pan wie, że w ostatnich latach stawiał sobie coraz więcej pomników. Wszędzie - na placach, na ulicach, na dworcach, przy drogach. A poza tym inni też mu stawiali pomniki. Kto chciał dostać dobry kontrakt i bić konkurencję, spieszył się, żeby pierwszy postawić mu pomnik. Dlatego dużo pomników było tandetnej roboty i kiedy nadszedł czas, mogliśmy je łatwo zburzyć. Ale przyznam się, że w pewnym momencie zacząłem wątpić, czy zdołamy zburzyć taką ilość pomników. Przecież tego były setki. I rzeczywiście, pracowaliśmy nie żałując potu. Miałem na rękach odciski i bąble od powrozu.
- Tak, przypadło Wam, Golamie, ciekawe zajęcie.
- To nie było zajęcie, to była powinność. Jestem bardzo dumny, że byłem burzycielem pomników szacha. Myślę, że wszyscy, którzy wzięli udział w burzeniu pomników, są z tego dumni. To, co zrobiliśmy, jest widoczne dla każdego, wszystkie cokoły są puste, a figury szachów zostały rozbite albo leżą gdzieś na podwórkach.
---
"Szachinszach", Ryszard Kapuściński, s. 36, Czytelnik 2007
- W waszej dzielnicy zdobyliście sobie, Golamie, popularność jako burzyciel pomników, a nawet uważają Was za swojego rodzaju weterana w tej dziedzinie.
- To prawda. Po raz pierwszy burzyłem pomniki jeszcze starego szacha, to znaczy ojca Mohammeda Rezy, kiedy ustąpił w roku 41. Pamiętam, że była wielka radość w mieście, kiedy rozeszła się wiadomość, że stary szach odszedł. Od razu wszyscy rzucili się burzyć jego pomniki. Byłem wówczas młodym chłopcem i pomagałem ojcu, który razem z sąsiadami burzył pomnik, jaki Reza Khan postawił sobie w naszej dzielnicy. Mogę powiedzieć, że był to mój chrzest bojowy.
- Czy byliście za to prześladowani?
- Wtedy jeszcze nie. To były lata, kiedy po odejściu starego szacha była przez jakiś czas swoboda. Młody szach nie miał wówczas tyle siły, żeby narzucić swoją władzę. Kto miał nas prześladować? Wszyscy występowali przeciw monarchii. Szacha popierała tylko część oficerów i oczywiście Amerykanie. Potem zrobili przewrót, zamknęli naszego Mossadegha, wystrzelali jego ludzi, a także komunistów. Szach wrócił i zaprowadził dyktaturę. To było w roku 1953.
- Czy pamiętacie rok 53?
- Oczywiście, że pamiętam, to był przecież najważniejszy rok, bo wtedy skończyła się demokracja, a zaczął się reżim. W każdym razie przypominam sobie, jak radio podało, że szach uciekł do Europy, i kiedy ludzie to usłyszeli, ruszyli na ulicę i zaczęli burzyć pomniki. Muszę tu powiedzieć, że młody szach od początku stawiał ojcu i sobie pomniki, więc przez te lata uzbierało się trochę do burzenia.
Wtedy już nie żył mój ojciec, ale byłem dorosły i pierwszy raz wystąpiłem jako burzyciel samodzielny.
- I co, zburzyliście wszystkie jego pomniki?
- Tak, to była gładka robota. Kiedy po przewrocie wrócił szach, nie było ani jednego pomnika Pahlavich. Ale zaraz zaczął od nowa stawiać pomniki ojcu i sobie.
- To znaczy, co wyście zburzyli - on zaraz postawił, co on postawił - wyście w końcu zburzyli i tak w kółko?
- Rzeczywiście tak było, to prawda. Można powiedzieć, że opadały nam ręce.
Zburzyliśmy jeden - on stawiał trzy, zburzyliśmy trzy - stawiał dziesięć. Nie było widać końca tego wszystkiego.
- A następnie, po roku 53, kiedy znowu burzyliście?
- Mieliśmy zamiar robić to w roku 63, a więc w czasie powstania, które wybuchło, kiedy szach zamknął Chomeiniego. Ale szach rozpoczął zaraz taką masakrę, że nie zdążyliśmy nic zburzyć i musieliśmy z powrotem ukryć powrozy.
- Czy mam rozumieć, że mieliście do tego celu specjalne powrozy?
- A jakże! Trzymaliśmy tęgie, sizalowe liny schowane u sprzedawcy powrozów na bazarze. Nie było żartów, gdyby policja wpadła na nasz ślad, poszlibyśmy pod ścianę. Wszystko mieliśmy przygotowane na właściwą chwilę, obmyślone i przećwiczone. W czasie ostatniej rewolucji, to znaczy w roku 79, całe nieszczęście polegało na tym, że do burzenia wzięło się wielu amatorów i dlatego było dużo wypadków, bo zwalali sobie pomniki na głowę. Zburzyć pomnik nie jest tak łatwo, potrzebne jest fachowe podejście i praktyka. Trzeba wiedzieć, z czego jest zrobiony, jaką ma wagę, jaką wysokość, czy jest dookoła przyspawany, czy złączony cementem, w którym miejscu zaczepić linę, w którą stronę rozbujać figurę i jak ją potem zniszczyć. Myśmy to opracowywali już w momencie, kiedy oni stawiali kolejny pomnik szacha. Była to najlepsza okazja, żeby podpatrzeć, jaka jest konstrukcja, czy figura jest pusta, czy wypełniona i najważniejsze - jakie jest łączenie z cokołem, jakiego użyli sposobu, żeby przymocować pomnik.
- Musieliście poświęcać na to dużo czasu.
- Bardzo dużo! Pan wie, że w ostatnich latach stawiał sobie coraz więcej pomników. Wszędzie - na placach, na ulicach, na dworcach, przy drogach. A poza tym inni też mu stawiali pomniki. Kto chciał dostać dobry kontrakt i bić konkurencję, spieszył się, żeby pierwszy postawić mu pomnik. Dlatego dużo pomników było tandetnej roboty i kiedy nadszedł czas, mogliśmy je łatwo zburzyć. Ale przyznam się, że w pewnym momencie zacząłem wątpić, czy zdołamy zburzyć taką ilość pomników. Przecież tego były setki. I rzeczywiście, pracowaliśmy nie żałując potu. Miałem na rękach odciski i bąble od powrozu.
- Tak, przypadło Wam, Golamie, ciekawe zajęcie.
- To nie było zajęcie, to była powinność. Jestem bardzo dumny, że byłem burzycielem pomników szacha. Myślę, że wszyscy, którzy wzięli udział w burzeniu pomników, są z tego dumni. To, co zrobiliśmy, jest widoczne dla każdego, wszystkie cokoły są puste, a figury szachów zostały rozbite albo leżą gdzieś na podwórkach.
---
"Szachinszach", Ryszard Kapuściński, s. 36, Czytelnik 2007
Subskrybuj:
Posty (Atom)
